tak po prostu.
Bez oglądania się za siebie,
bez ukradkowych spojrzeń,
bez jednej choćby łzy.
Pozostawiając tylko ciszę,
która jak muzyka brzmi.
Okrutna,wzbudzająca strach.
Bo jej nie można wyłączyć,
jej się nie da wyciszyć.
Ciemność zatrzasnęła już drzwi,
nie wiem dokąd poszła.
Zabrała swoje rzeczy,
wzięła nawet płaszcz.
Nie powiedziałem nic.
W ciemności nie zauważyłem nawet,
usłyszałem klucza trzask.
Długo była tu ze mną.
Nie wnosiła nic, tylko smutek,
czasem na butach piach.
Uczucia pozostawiając za drzwiami,
miłość nie mogła tu wejść.
Kochaliśmy się tylko w snach.
Ona była zawsze obok,
lecz obcy był jej dotyk
czułość i pieszczoty.
Tak naprawdę
nie wiedziała, będąc tak obca,
że działa jak narkotyk,
że też zabija, tylko inaczej, powoli,
nie zdając sobie z tego sprawy.
Odeszła zostawiając w ciszy.
Wciąż jeszcze strasznej,
ale już inaczej,
gdyż ona ma jednak rytm.
Niepokojący, ukryty,
jakby chciała go zataić.
Spłoszona, że gra tylko ona,
że słychać nawet jak woda kapie,
ale chyba zdążyłem się już przyzwyczaić...
b.szot.